Podróż za 2 uśmiechy

W BIESZCZADY JEDZIE SIĘ RAZ, A POTEM JUŻ TYLKO WRACA

W BIESZCZADY JEDZIE SIĘ RAZ, A POTEM JUŻ TYLKO WRACA

 

 

W sercu, duszy i głowie myśl o wolności, przyjaźni, przyrodzie, wędrówce i znów o wolności. O młodości i beztrosce. Odkrywaniu tego co jeszcze nieznane, intrygujące, piękne i wciąż przed nami. Wspomnienie. Powrót do tego, co było 17 lat temu.

 

Lato 2000 roku. Pełne niespodzianek, miłości i spontanicznych decyzji. Właśnie końca dobiegał sierpień. Dla uczniów oznaczało to koniec wakacji. Jako studentka miałam jeszcze przed sobą cały wrzesień wolny od uczelnianych obowiązków. Kończyły się jednak moje oszczędności. W planie miałam znalezienie dorywczej pracy, by zasilić mój studencki budżet. Jak to jednak mówią: "by rozśmieszyć Boga, zdradź mu swoje plany". Zdążyłam już tego doświadczyć. Tak było i tym razem. Któregoś popołudnia wpadła do mnie koleżanka z szaloną propozycją: 

- Jedź ze mną w Bieszczady - krzyknęła od progu

- Ale jak to tak? - zareagowałam - Tak po prostu wsiąść w pociąg i jechać? Nie mam pieniędzy, powinnam szukać pracy…
Agnieszka jednak nie ustępowała. 

- Słuchaj, nie są nam potrzebne wielkie pieniądze. Zabierzemy coś do jedzenia, namiot, śpiwór i właściwie to tyle. Na południe dojedziemy pociągiem, a później będziemy się przemieszczać autostopem. 

- Autostopem???!!  - wykrzyknęłam z lekkim przerażeniem. Nigdy jeszcze takiej przygody nie przeżywałam. W tym momencie byłam pełna obaw. 

Agnieszka jednak należała do tych odważnych dziewczyn, które takich przygód się nie boją. 

- A co się nam może stać? Nic. Będziemy we dwie. Będzie super! - powiedziała bez zająknięcia, pewna tego, że pomysł jest kapitalny. 

Chodziło jeszcze o coś. Dopiero co się szaleńczo zakochałam. Wizja rozstania z ukochanym nie była pokrzepiająca. Staliśmy się jak papużki nierozłączki. Sami wiecie jak to jest na początku. Koleżanka jednak nie odpuszczała. Co zrobiłam? Zrobiłam tak jak radziła. W wielki kolorowy plecak ze stelażem zapakowałam śpiwór i trochę jedzenia, w tym obowiązkowo pomidorowy pasztet. W portfelu miałam zaledwie 150 zł. Musiało starczyć na tydzień. Tydzień w Bieszczadach. 

 

Wyruszyłyśmy. Po latach  nie umiem odtworzyć każdego kolejnego przystanku naszej wyprawy. Wywietrzały nazwy miejscowości. W pamięci jednak zostały intensywne obrazy odwiedzanych miejsc oraz przeżycia, emocje, jakich w tamtym tygodniu doświadczyłyśmy. Pozostało wiele przemysleń i refleksji. A przede wszystkim miłość do Bieszczadów. 

Pamiętam przepiękny a zarazem przejmujący kirkut w Lesku, okazałą cerkiew (dziś wiem, że to była cerkiew w Smolniku), spanie w namiocie między snopkami siana a rozwieszoną na sznurkach bielizną na terenie prywatnego gospodarstwa, poranną toaletę w łazience tychże gospodarzy i poczęstunek ciepłą herbatą na śniadanie, soczyste jabłka zrywane gdzieś po drodze z dziko rosnących jabłoni, nocleg na polu campingowym, którego właściciel ugościł nas zupą i bieszczadzkimi opowieściami. Sporo tego. Co jednak najbardziej utkwiło mi w pamięci, to niewyobrażalna radość za każdym razem, gdy udało się nam złapać autostop. Towarzyszyło temu wspaniałe uczcie wolności i samodzielności. Chęć pomocy i otwartość kierowców powodowała, że zdarzało się nam nawet rozdzielać. Każda z nas miała duży plecak i czasem łatwiej było nam dotrzeć do kolejnego miejsca w pojedynkę. Rozkręcałyśmy się. Wszystko szło dobrze. To, że same decydowałyśmy o tym gdzie spać, w którą stronę jechać, powodowało, że adrenalina wzrastała. Frajda, radość, chęć przygody i poczucie, że chyba właśnie przeżywamy coś niepowtarzalnego były coraz większe. 

 

Nic jednak nie przebije tego co przeżyłyśmy w drugiej części naszego wypadu. Każdego dnia nogi i koła łapanych samochodów niosły nas dalej i dalej, w dół mapy, w głąb Bieszczadzkiego Parku Narodowego, w góry wysokie. Nie wiem dokładnie ile kilometrów było już za nami. Chciałyśmy teraz  złapać jedną stałą bazę na te kilka najbliższych nocy, by za dnia zdobywać połoniny, wieczorem zasiąść przy ognisku. Dotarłyśmy do Ustrzyk Górnych. Zakwaterowałyśmy się w schronisku PTTK. To było chyba najlepiej zagospodarowane miejsce noclegowe jakie dotychczas odwiedziłyśmy na naszej trasie. Z jednej strony tuż przy głównej, ale bardzo spokojnej ulicy w Ustrzykach Górnych (wtedy to miejsce było dużo spokojniejsze niż teraz), z drugiej nad samą rzeką. Czyste sanitaria, wygodnie. Czego chcieć więcej. Spędziłyśmy tam jedną noc. Agnieszka jednak wypatrzyła, że tuż obok schroniska, tuż za płotem, jest kawał trawy, a na niej niewielki drewniany domek z niewielkim namiocikiem tuż obok. A że była to dziewczyna żądna przygód, uznała, że skoro stoi tam już ten jeden mały namiocik to może i może stanąć drugi? Niewiele się zastanawiając poszła wybadać sprawę. Wlaściciel domku wyraził zgodę. Mogłyśmy tam „zamieszkać”, w dodatku bezpłatnie!  Przeprowadziłyśmy się. Właściciel domku, sympatyczny pan w średnim wieku, mieszkał na piętrze, na parterze zaś prowadził sklepik z pamiątkami. Część tych pamiątek była dziełem rzeźbiarza o bujnych kręconych włosach, przez które zyskał przydomek Baranek. I  to właśnie do niego należał owy wspomniany namiocik. Tu mógł spokojnie tworzyć. Rzeźbić figurki, bieszczadzkie aniołki, Chrystusa Frasobliwego, zwierzęta i inne. Miał tu wszystkie potrzebne narzędzia i stół, przy którym niejeden stolarz mógłby dać się ponieść swojej fantazji.  Obok mieściło się też palenisko i ławka ze stolikiem, przy którym można było zjeść posiłek. Dla studentek podróżniczek z pioruńsko niskim budżetem to miejsce było rajem. Poranne pluskanie w zimnej rzece było dodatkowym walorem. Wyjście w góry za dnia, pieczenie skromnej kolacji na ognisku wieczorem, wszystko pod gwiazdami. I potem znów poranne orzeźwienie w rzece i miłe towarzystwo bieszczadników, artystów oraz przygodnie spotkanych turystów czy wędrowców. Czy można chcieć czegoś więcej? 

 

Najbardziej niezwykłe miało jednak dopiero nastąpić. Dwa dni spędziłyśmy w górach. Pamiętam Bukowe Berdo, Tarnicę, Połoninę Caryńską. Po zejściu ze szlaków do naszego namiotu wracałyśmy po części pieszo, a po części autostopem.  Zdarzyło się raz, że kawałek drogi podrzucili nas pewni kowboje. Ogromny terenowy samochód, kapelusze, piękne siodła w bagażniku i warszawskie rejestracje. W samochodzie pachniało nowością i luksusem. Czułyśmy się dość nieswojo. Po kilku dniach dzikiej włóczęgi i długich godzinach spędzonych właśnie na górskiej wędrówce byłyśmy raczej delikatnie mówiąc mniej ładnie pachnące. Tym bardziej doceniłyśmy, że panowie zechcieli nas zgarnąć z drogi. Trzeciego dnia przyszło zmęczenie. Nie chciałyśmy wychodzić w góry. Postanowiłyśmy pobyczyć się „na dole”. Dzień zaczynał się spokojnie. Słońce ledwie przebijało się przez chmury. W powietrzu powoli czuć było nadchodzącą jesień. Leniwie zjadłyśmy śniadanie, któremu towarzyszyły mieszkające w sąsiedztwie kozy. Swoim podgryzaniem naszych kanapek z konserwą rozbawiły nas do łez. A i niejeden ich szturchaniec okazał się odrobinę bolesny. Do śmiechu nie było nam jednak zupełnie na widok mężczyzny ledwie pedałującego na czymś na kształt starego Wigry 3. Miał do roweru doczepioną przyczepkę, z której wystawały ręce, nogi i głowa drugiego mężczyzny, najprawdopodobniej pijanego w trupa. Ale jako to? O tej godzinie? I może ktoś by się uśmiał, ale nas ścisnęło w dołku. To był przykry widok. Nie tylko piękną przyrodę tu widziałyśmy. Biedę i pijaństwo od świtu także. 

Baranek od rana strugał w drewnie. Agnieszka zaczęła przyglądać się mu z zaciekawieniem. Zapytał czy sama chce spróbować swoich sił. Z entuzjazmem odpowiedziała twierdząco, po czym ochoczo zabrała się do pracy. Ja zaległam gdzieś na trawie gapiąc się w niebo, bujając w bieszczadzkich obłokach. Dzień mijał. Niezwykły był ten wszechogarniający spokój i cisza. Nagle przyszedł zupełnie nieznany mi ktoś i trzymając w rękach wielki kawał mięsa zawołał głośno uśmiechnięty od ucha do ucha:

- Przyniosłem Wam kolację.

- Jest ktoś chętny, by przyrządzić z tego kotlety? - zapytał Baranek.

Nie miałam nic do roboty, więc zgłosiłam się na ochotnika. Młodość rządzi się swoimi prawami. Na tamtą chwilę zupełnie nie zastanawiałam się czy powinnam, czy dam radę i skąd w ogóle pochodzi to mięso. Podobno była to dziczyzna. Dziś pewnie zachowałabym się zupełnie inaczej. Ale wtedy czułam się bezpieczna, zaopiekowana przez życzliwych mi ludzi. Na dodatek zdawało mi się, że dla nich w tamtym momencie było to coś zupełnie naturalnego. Wzięłam zatem mięso, wypłukałam w rzece i zaczęłam przyrządzać na stole stolarskim pachnącym bejcą i żywicą. Dostałam wielki nóż, trochę przypraw i z zapałem zabrałam się do krojenia. Szło nieźle. Co jakiś czas tylko tym wielkim nożem musiałam odganiać natrętne muchy. 

Wieczorem wszyscy zasiedliśmy przy ognisku. Upiekliśmy mięso przeze mnie przyrządzone. Na wszelki wypadek, by nie zaszkodziło, popijaliśmy je tanim winem. Kolacja smakowała wyśmienicie. Były śpiewy, rozmowy, śmiechy. Ale było coś jeszcze. A właściwie ktoś. Dołączył do nas…hmm…no właśnie kto? Miał długie włosy, wytarte jeansy, bose nogi, nagi tors i narzuconą na plecy kamizelkę przypominającą indiańską. Uwagę zwracał także wisior zawieszony na szyi. Ten człowiek cały wyglądał jak Indianin. Może to był jeden ze słynnych bieszczadzkich zakapiorów? Nie wiem. Za to doskonale pamiętam, jak od jego opowieści z głębi lasu po plecach przechodziły dreszcze. Był samotnikiem mieszkającym ze swoimi zwierzętami gdzieś daleko od cywilizacji. Gdy zaczął skakać przez ognisko poczułam się jak w innej rzeczywistości. Byłam totalnie tym zafascynowana. Jak mi było dobrze. W głowie kłębiły się  myśli o tym,  jakby to było cudownie zawsze prowadzić takie życie. Takie wolne. Z ogniskiem i pod gwiazdami. Jakie będzie? Kim będę kiedyś? Kim będę, gdy już za kilkadziesiąt godzin przyjadę do Gdyni? 

 

Wróciłyśmy do domu przeszczęśliwe, bogatsze w niezwykłe doświadczenie i bardzo brudne. 150 zł wystarczyło mi na cały tydzień. Jeszcze przywiozłam najbliższym pamiątki. Jak ja to zrobiłam?

 

Po czasie bardzo za Bieszczadami zatęskniłam. W sierpniu tego roku zabrałam w te góry moje dzieci i męża. Wertując przewodniki w każdym wyczytałam, że w Bieszczady się nie jeździ, w Bieszczady jedzie się raz, a potem już tylko wraca. Może coś w tym jest? Zatem po 17 latach wróciłam. Zupełnie inna. Już nie sama, a z dziećmi. Zapragnęłam pokazać im to piękno, które ja kiedyś zobaczyłam. Zamieszkaliśmy w miłej chacie, w której dziewczynki mogły bawić się z mieszkającym tam psem. Złaziliśmy wiele kilometrów po połoninach, zajrzeliśmy w ciekawe zakątki Bieszczadów, zobaczyliśmy mnóstwo zwierząt, poznaliśmy niezwykłych ludzi. Oczywiście nie wytrzymałam. Koniecznie musiałam zajrzeć w stare kąty. Wróciłam do Ustrzyk Górnych, by zobaczyć ten skrawek trawnika ze wspomnianym namiocikiem. Po tamtej wolnej przestrzeni nie zostało już nic. Ustrzyki bardzo się rozbudowały. Ale wiecie kogo spotkałam? Baranka. Chciało mi się płakać! Płakać ze szczęścia. Tak się cieszyłam. Nie spodziewałam się tego zupełnie. Natychmiast zadzwoniłam do Agnieszki. Wróciły wspomnienia. Baranek wciąż rzeźbi, ma się świetnie i oby tak zostało jak najdłużej. Ma mały sklepiek w sercu Ustrzyk Górnych i sprzedaje swoje prace. Wzbogaciłam moją domową galerię o kapliczkę z Chrystusem Frasobliwym, cenną osobistą pamiątkę. 

Pomimo że mieliśmy wspaniałe wakacje, to marzy mi się, by moje dziewczyny przeżyły kiedyś tak fascynującą przygodę jak ja. By przewędrowały z plecakiem po bieszczadzkich połoninach, smakując dorosłego życia, wolności, szaleńczej młodości, czerpiąc garściami to co najlepsze. A co ze mną? Czy tam wrócę? Z pewnością. Koniecznie. Niejeden raz. 

 

#powroty

Bieszczadzka  przygoda, rok 2000.

 

Bieszczadzka przygoda

Bieszczadzka przygodaBieszczadzka przygodaBieszczadzka przygoda

Bieszczadzka przygodaBieszczadzka przygodaBieszczadzka przygoda

 

Spodobał Ci się ten tekst? Może zainspirował? Jeśli tak to bardzo mi miło. Zatem podziel się nim, daj kciuka w górę lub dodaj komentarz. Doda mi to dużo nowej mocy do dalszego działania. <3

 

 

Komentarze:
Dodaj swój komentarz
Nick / Imię
Treść komentarza
Stolica Polski
Nie dodano żadnego komentarza