Podróż za 2 uśmiechy

Portugalia cz. II, czyli surfing w Lagos

Portugalia cz. II, czyli surfing w Lagos

Portugalia cz. II, czyli surfing w Lagos, czyli o tym jak ważny w życiu każdego z nas jest dobry nauczyciel.


Macie dosyć zimy? Choć i tak jest łagodna, to pewnie marzycie już o ciepłym wietrze i wiosennym zapachu ziemi. Ferie się skończyły, czas więc zaplanować wakacje. Mam dla Was coś gorącego, słonecznego i pełnego adrenaliny. Na Frajdzie będzie coraz bardziej słonecznie i coraz bardziej wakacyjnie. Trzeba przecież szybko przywołać wiosnę.


Stali czytelnicy pewnie zdziwią się na ten tytuł. Portugalia cz.II? A kiedy była pierwsza? Macie rację. Pierwszej jeszcze nie było. Będzie nią relacja z pobytu w Lizbonie, ale pomyślałam, że skoro ostatnio było tyle słodkich świąt, to może drugi semestr (od kiedy mam dzieci w szkole myślę tymi właśnie kategoriami) warto zacząć od potężnej dawki inspiracji do uprawiania sportu i zaplanowania aktywnego rodzinnego wyjazdu w sezonie letnim? A surfing w Lagos to była druga część naszej wakacyjnej podróży do Portugalii.


No to jak to u nas z tym surfingiem było?


Zeszłoroczny wakacyjny wyjazd był planowany trochę na wariackich papierach, co w zasadzie w ostatnich latach nie było dla nas niczym nowym. Jakiś czas zastanawialiśmy się gdzie pojechać. Mam w domu windsurfera z 24-letnim stażem (to, jak się pewnie domyślacie, mój drogi, zdolny mąż), dlatego też od czasu do czasu nasze wyjazdy łączą się z uprawianiem tegoż właśnie sportu wodnego. Ten czas znów nadszedł. Tylko, że mój mąż Adaś zamarzył, by pierwszy raz zamienić windsurfing na surfing. Ja nie jestem fanką wody. Choć prowadzę bloga o nazwie Frajda nad morzem, to część z Was już wie, że nie jestem wodnym zwierzakiem i Frajda nad morzem najczęściej oznacza właśnie frajdę NAD, a nie NA morzu. Aby jednak każdy był zadowolony i życie małżeńskie udane trzeba chodzić nie tylko z kijkami, ale i na kompromisy. Uznałam, że skoro on pomaga mi realizować moje marzenia, to teraz ja będę mogła się odwdzięczyć. Po intensywnej burzy mózgów nasze myśli zatrzymały się na pięknym kraju jakim jest Portugalia. A jak już był pomysł cała reszta potoczyła się właściwie jakoś tak błyskawicznie. Ponieważ mój drogi windsurfer dużo lata służbowo to w końcu postanowiliśmy to wykorzystać i po raz pierwszy przelot całej rodziny „ufundowały” nam zebrane przez niego mile lotnicze. Pozostały jeszcze do zorganizowania noclegi. I wiecie co? Pomimo że lecieliśmy do innego kraju to był bardzo polski wyjazd. A dlaczego? Nocleg w Lizbonie znalazłam sama przez internet, trafiając na stronę Moniki – przewodniczki, Polki mieszkającej na stałe w Lagos (strona o nazwie Blue Portugal) . Było to urocze mieszkanko w najstarszej dzielnicy Lizbony - Alfamie (o tym więcej w relacji Portugalia cz. I).  Mając już to lokum w drugiej kolejności szukaliśmy dobrej szkółki surfingu na południu kraju. I tu znów mieliśmy dużo szczęścia. Kolega na FB umieścił relację ze swoich wakacji (ach ten fejsbuk Smile). Szybki kontakt, ochy i achy kolegi, przekazana wizytówka i decyzja w dwie minuty! Jedziemy do Surf-4-Life w Lagos w regionie Algarve. Pozostało się tylko modlić o wolne miejsce. E-mail, chwila oczekiwania na odpowiedź i… udało się! Akurat w odpowiednim dla nas terminie był wolny bungalow. Dowiedzieliśmy się też, że szkółka sportów wodnych jest prowadzona przez parę Polaków, jak się później okazało, fantastycznych ludzi. Spędziliśmy tam 6 wspaniałych dni. 


Po 5 dniach w Lizbonie na lotnisku Lizbona – Portela skorzystaliśmy z usług firmy Gold Car (o ile dobrze pamiętam na lotnisku znajduje się około 5 lub 6 firm wypożyczających samochody) i wypożyczonym autem udaliśmy się na południe kraju.


Na miejsce trafiliśmy bez większych kłopotów. Przywitali nas Filip zwany Boratem (gdy go zobaczycie przekonanie się dlaczego) oraz Edyta. Po powrocie do domu przeczytałam o nich na stronie szkółki takie słowa:


Edyta - Założycielka Surf-4-Life. Surfing – Snowboard to dla niej idealne połączenie. Największa miłość życia OCEAN; z zamiłowania podróżniczka; urodzona optymistka. Plany na przyszłość: Nepal – Tybet / Alaska / Nowa Zelandia. Ulubione motto: ”raz się żyje”; ”co nie zbije to wzmocni”; ”carpe diem”; „jak nie ryzykujesz – nie zyskujesz”.


Odbyłyśmy kilka ciekawych rozmów, ale jedną z nich pamiętam szczególnie. Edyta powiedziała coś na kształt tego, że gdyby nie marzyła, gdyby nie wierzyła, gdyby nie wyobrażała sobie pozytywnie tego jak ma wyglądać jej życie i co chce osiągnąć nigdy nie byłaby w tym miejscu, w którym jest. Rozumiałam ją doskonale. To coś, co ja zawsze powtarzam i czego również się trzymam! Edyto, stworzyłaś świetną szkółkę! Gratulacje!


Filip zwany Boratem– kręgosłup naszej firmy . Instruktor wszystkich sportów wodnych . Wszystko co porusza się na wodzie i robi dużo szumu to jego pasja . Pracował na wszystkich kontynentach. Ulubione cytaty i powiedzonka : ” Wiadomo ! ” „tylko spokój nas uratuje ” , „na pewno będzie Pan zadowolony”. 


Rzeczywiście. Byliśmy zadowoleni. Smile Filip to szalony facet! Pełen dobrej energii i uśmiechu. Przez cały nasz pobyt czuliśmy jego opiekę i zainteresowanie. Jako że w kursie surfingu mogą uczestniczyć dobrze pływające dzieci w wieku od 13/14 lat musieliśmy ustalić jaką „wodną aktywność” możemy zaoferować naszym dzieciom. Borat stanął na wysokości zadania. Wyraźnie odradził skimboarding, ze względu na mogące wystąpić kontuzje kolan, a zalecił bodyboard. Zakupił dwie deski, by nasze starsze dziewczynki mogły cieszyć się oceanem. To był strzał w dziesiątkę. Radził, odpowiadał na wszystkie trudne i łatwe pytania, był wtedy kiedy był potrzebny i wtedy kiedy mieliśmy ochotę na zwykłą sympatyczną rozmowę.


A teraz praktyczny informator dla Was:


Oto co obejmuje rezerwacja w szkółce Surf 4Life:


•    nocleg w dwu- lub wieloosobowym pokoju albo bungalowie
•    wyżywienie – śniadanie (każdego dnia, bardzo dobre!) i obiadokolacje (z wyjątkiem środy i soboty, obłędne!!!)
•    kurs surfingu, kitesurfingu, windsurfingu i wake’a + wypożyczenie sprzętu: pianki, lycry oraz pozostałego sprzętu potrzebnego odpowiednio do każdego sportu
•    transport na miejsce
•    piknik na plaży w przerwie pomiędzy lekcjami
•    woda mineralna bez ograniczeń
•    do wykorzystania na miejscu basen, trampolina, miejsce spotkań/odpoczynku, stół bilardowy
•    wifi internet


Oto co obejmowała nasza rezerwacja:


•    bungalow rodzinny – 1 pokój z piętrowym łóżkiem, stolikiem z krzesłami, wygodnym fotelem i mini kuchnią, 1 pokój z łożem małżeńskim, łazienka; całość w kaflach, co było bardzo wygodną opcją przy ciągłym piasku w butach i torbach, mokrych ręcznikach i strojach kąpielowych;
•    wyżywienie – śniadanie (każdego dnia, bardzo dobre!) i obiadokolacje (z wyjątkiem środy i soboty, obłędne!!)
•    kurs surfingowy – 2 sesje po 1,5 godziny każdego dnia + wypożyczenie sprzętu: pianki (także dla dzieci), lycry, deski
•    woda mineralna bez ograniczeń
•    do wykorzystania na miejscu basen, trampolina, miejsce spotkań/odpoczynku, stół bilardowy
•    piknik na plaży w przerwie pomiędzy lekcjami
•    duży parasol na plażę
•    parking
•    wiatr Smile

Szkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-LifeSzkółka Surf-4-Life
Oto co warto zabrać/zorganizować na surfingowy wyjazd rodzinny:


•    na wyjazd rodzinny konieczny jest samochód. Pełnoletni uczestnicy kursu mają zapewniony transport przez szkółkę. Dzieci wymagające fotelików muszą być dowożone na spot (czyli miejsce gdzie odbywa się nauka pływania) przez rodziców własnym transportem
•    krem z filtrem – KONIECZNIE! jeśli go zapomnicie za zwykłą, małą tubkę kremu zapłacicie najmniej 18 €
•    zestaw plażowo-surfingowy – klapki, T-shirty, czapki/kapelusze, krótkie spodenki surfingowe, najlepiej takie szybko schnące, ręczniki plażowe, torba plażowa, zabawki dla dzieciaków, ciepłe bluzy, chętni mogą zabrać własne pianki, ale koniecznie tylko te  długie (my zaopatrzyliśmy się w potrzebne rzeczy w jednym ze sklepów w centrum Fashion House w Gdańsku, a że wyjazd planowany był w połowie wakacji, to już były duże przeceny Smile )
•    dobry humor! Smile

Oto jak wyglądał nasz surfingowy dzień:


Każdego wieczoru była wywieszana lista uczestników kursów i godzina wyjazdu. Surferzy najczęściej wyjeżdżali o 8.00 rano. Budziliśmy się więc bardzo wcześnie, pakowaliśmy potrzebne rzeczy, pędziliśmy na śniadanie, zabieraliśmy pianki, wsiadaliśmy do auta i ruszaliśmy za surfbusem. Organizatorzy wybierają różne spoty, w zależności od warunków pogodowych, nam jednak w ciągu tych 6 dni nie trafiło się żadne inne miejsce poza plażą Prraia de Amoreira, oddaloną od miejsca zamieszkania o godzinę drogi (czyli juz poza Lagos). Z parkingu na plażę każdy sam nosił swój sprzęt, było trochę dźwigania (biorąc pod uwagę też dzieciaki Smile), ale było warto. Chwila rozmowy na plaży, potem wskakiwanie w piankę, czerwoną lycrę (każda szkółka miała swój kolor, by być dobrze widocznym na wodzie) rozgrzewka, podział grupy na trzech instruktorów, instruktaż „na sucho” i zejście na wodę. Pływanie odbywało się w dwóch około 1,5 godzinnych sesjach. Pomiędzy nimi była przerwa na plaży – z piknikiem, odpoczynkiem, opalaniem. Jako że byliśmy tam z dziećmi dzieliliśmy z mężem kurs na pół. Gdy on był na wodzie ja pilnowałam dzieci i odwrotnie. Zdarzało się też tak, że cały dzień pływał mój mąż, a my bawiłyśmy się na plaży, najmłodsza zaliczała zdrowy sen na plaży w cieniu parasola, starsze dziewczyny pływały na bodyboardzie, a potem odpoczywałyśmy w pobliskiej tawernie. Choć napisałam Wam o 3 godzinnej sesji z jedną przerwą to nigdy nie wróciliśmy szybciej do domu niż o 15.00. Tak naprawdę z wyjątkiem jednego dnia zawsze była to godzina 17.00. Nie wiem kiedy ten czas mijał. Wszyscy byli zadowoleni. Mąż wypływany, dzieciaki wypływane i wybawione. Do domu wracały zmęczone wodą i piaskiem. Wydawało mi się, że szybko pójdą spać. Nic jednak bardziej mylnego. Miały jeszcze sporo energii.Po powrocie wskakiwały do basenu. 

Odpoczywaliśmy wszyscy. Przestrzeń do relaksu na terenie szkółki była fantastyczna. O godzinie 19.00 kucharze (June z Niemiec i Mark z Anglii) wołali wszystkich na kolację. A te były obłędne! Każdego dnia inna kuchnia ze świata: to meksykańska, to portugalska, to włoska i inne. Do wyboru do koloru – szwedzki stół. Na słono i na słodko. Najbardziej pamiętam deser: banan z cieście z sosem waniliowym. Totalnie odleciałam. I pomimo bycia aktywnym do Polski przywiozłam dodatkowe 2 kilogramy. Jak to smakowało! Mmmmniam! Po całym dniu nad wodą, jedzone na świeżym powietrzu i to w takiej domowej atmosferze nie mogło smakować inaczej. Bo atmosfera w tej szkółce była iście domowa. Spotkaliśmy ludzi z całego świata, wszyscy byli mniej więcej w naszym wieku, w przeważającej ilości były to kobiety (drogie panie, teraz jest moda na babskie wyjazdy na surfing, kite i wake!) z którymi rozmawiało się tak, jakbyśmy się już bardzo długo znali. Po kolacji robiło się na dworze już chłodniej, trzeba było założyć bluzy, ale temperatura w szkółce raczej rosła. Był czas, by poimprezować, ale w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu. Kulturalnie, spokojnie, nawet rzekłabym cicho, przy winku, przy dobrej, odprężającej muzyce. Prawdziwy chillout. To fantastyczne miejsce, by wybrać się tam z dziećmi. Czasem miałam wrażenie, że to one były najgłośniejsze. Ale ich radosna zabawa nikomu nie przeszkadzała, raczej rozczulała.

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfinguDzień na surfinguDzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfinguDzień na surfinguDzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfingu

Dzień na surfinguDzień na surfingu
Oto moja relacja z lekcji surfingu


Nie przepadam za wodą. Boję się wody. Pływam dosyć kiepsko. Rekreacyjną żabką, taką, by nie zmył mi się makijaż (może lepiej się nie przyznawać?). Podejmując wspólnie decyzję o surfingowych wakacjach pomyślałam, że to pewnie będzie moja pierwsza i ostatnia przygoda z tym sportem. Mając męża windsurfera kilka razy próbowałam łapać za żagiel. Nie zakochałam się i na deskę z żaglem już nie wchodzę. Ale próbowałam. Tu też chciałam spróbować. Bo jestem z tych osób, które zanim stwierdzą , że czegoś nie lubią muszą tego najpierw spróbować. Zapewne znacie takich delikwentów, którzy mówią, że nie lubią np. owoców morza, ale nigdy ich nie jedli, prawda? Właśnie o to mi chodzi. Ja, pełna obaw, nie chciałam oddać tej walki walkowerem. Walki, bo przy moim strachu nie znam innego słowa.
W szkółce było trzech instruktorów: Tim, Vincent i Matylda (każdy z innego kraju). Każdy inny, każdy z inną energią. Na mój pierwszy trening przypadł mi Tim. Wydaje mi się, że był on najmłodszy z tej trójki. Powiedziałam mu o swoich lękach. Uspokoił, powiedział, że mi pomoże. Trenowaliśmy na sucho. W wielkim skrócie wyglądało to mniej więcej tak: kładziesz się na desce, wiosłujesz rękami, unosisz się na rękach, a potem stajesz na desce. Na wodzie trzeba zrobić to samo, tylko że z wielkim wyczuciem fali.  Wszystko wydawało się proste. Zeszliśmy na wodę. Dźwiganie deski przypiętej do nogi, gdzie sznurek wciąż mi się gdzieś motał już było dla mnie lekko irytujące. Ale byłam twarda. Doszliśmy do miejsca gdzie wody było mniej więcej do pasa (dla mnie już ta sytuacja była mało komfortowa). Tim pamiętał o mnie. Gdy reszta załogi odważnie samodzielnie zaczęła ćwiczyć, on podszedł do mnie , złapał deskę i tłumaczył kiedy mam się na nią wgramolić. Trzymał za deskę do momentu nadejścia fali, potem puszczał. To był mój pierwszy mały ślizg. Nie zdołałam się nawet podnieść na rękach, ale mała frajda była. Tak drugi i trzeci raz. Uznałam, że już wiem o co chodzi i dam już radę sama. I stało się, spadałam z deski, przykryła mnie i ona i fala, a ja, choć było to już na bardzo płytkiej wodzie, nie mogłam się spod nich wydostać. Pamiętam ten moment. Dla mnie dramatyczny. To były sekundy, a ja walcząc z wodą, deską i samą sobą myślałam, że to całe wieki. Miałam dość, ale nie chciałam się poddać tak od razu. Spróbowałam jeszcze raz. Historia się powtórzyła ze zdwojoną siłą. Powiedziałam sobie DOŚĆ! Po co ja się męczę, po co mi to!!!? Nie znoszę przecież wody! Jeszcze to się tragicznie skończy. Odpuściłam.  Cieszyłam się, że Adaś na tym  skorzysta, ja się pobawię z dzieciakami i każdy będzie zadowolony. Gdy poinformowałam o tym Tima, nie zatrzymywał mnie ani przez chwilę. Decyzja zapadła. Zrezygnowałam więc.


Siedząc przez dwa kolejne dni na plaży i widząc jak z surfingiem radzą sobie starsi i młodsi, kobiety i mężczyźni, zaczęłam się przełamywać. Pomyślałam, że może już nigdy nie będzie mi dane spróbować tego sportu, że może już nigdy nie uda mi się wyjechać na taką wyprawę. Może jestem tu jeden jedyny raz i wrócę do Polski z takimi kiepskimi doświadczeniami? Kiepsko. Przypomniałam sobie cudowne lata 90-te, kiedy polską telewizję zalewały amerykańskie seriale, w których opalone ciacha biegały z deską pod pachą po plaży i doskonale pamiętam te marzenia, te myśli: czy ja tak kiedyś spróbuję? Miałam trzy dni szansy na powtórne zejście na wodę. Tego dnia, kiedy się zdecydowałam moim instruktorem był Vincent. Od razu poczułam z nim inną chemię. Miałam wrażenie, że doskonale mnie rozumie. Otoczył mnie wyjątkową opieką. Gdy zeszliśmy na wodę właściwie nie odstępował mnie na przysłowiowy krok. Nie wiem, jak to robił, bo jednocześnie czuwał nad resztą grupy. Dokładnie instruował mnie co mam robić. Dokładnie. Głośno i wyraźnie wołał wręcz kiedy położyć się na desce, którą mocno trzymał, kiedy wiosłować rękami, w końcu kiedy się na nich podnieść. Wszystko dokładnie. Ależ ja byłam posłuszna. Bardzo mu zaufałam. I wiecie co? Popłynęłam! Poczułam falę, poczułam tą ogromną radość jaką daje surferom woda. Oczywiście nie stanęłam na desce, ale myślę, że moja radość była może nawet większa. Nie dość, że przestałam się panicznie bać, to jeszcze trochę zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Jak się okazało za pierwszym razem nie miałam o tym zielonego pojęcia. Vincent bardzo się cieszył widząc mój uśmiech. Każdy kolejny ślizg powodował, że czułam się bardzo dumna z tego co zrobiłam. Vincent wciąż powtarzał: to tylko woda, to tylko woda. Miałam Frajdę! Dzięki niemu wyjechałam z Lagos z pełna satysfakcji. Cieszyłam się jak dziecko! Radość, duma, tyle uczuć. Więc jeśli ja dałam radę, to każdy z Was też!

Oto pierwsze zdjęcie zrobione po lekcji z Timem. Myślałam, że na wodę juz nie zejdę, więc zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie.

Moja przygoda z surfingiem

To relacja z lekcji z Vincentem.

Moja przygoda z surfingiemMoja przygoda z surfingiemMoja przygoda z surfingiemMoja przygoda z surfingiemMoja przygoda z surfingiemMoja przygoda z surfingiemMoja przygoda z surfingiemI żeby nie było, że zamieszczam tu tylko piękne zdjęcia. Uwaga, z oceanu wypłynął wieloryb. Wink

Moja przygoda z surfingiem
Siedząc później po lekcji na plaży myślałam o tym jak ważny w naszym życiu jest każdy nauczyciel. Jak odmienne były te dwie lekcje, jak wiele mi dały, jak wiele nauczyły. Niesamowite jak jedna osoba może czasem wręcz zaważyć na naszym życiu. Albo nam odpuścić, nie wymagać, może nawet do czegoś zniechęcić albo zaszczepić radość, odwagę, pasję, by zrobić kolejny krok, zacząć od nowa, ryzykować czy zdobywać. Nauczyciel jest bardzo ważny. A my rodzice? Też jesteśmy nauczycielami. Nauczycielami naszych dzieci. Ileż od nas zależy! Przez ostatnie lata bardzo to sobie uświadamiam pokazując różne drogi moim dzieciom. Każdego dnia czuję tą ogromną odpowiedzialność, jaka na nas, rodzicach, ciąży. Wiele zależy od nas. Czy nasze dzieci będą na tyle mądre i odważne, by sięgać po swoje marzenia, czy będą umiały konsekwentnie realizować swoje plany, cele, czy po porażce będą umiały się podnieść i iść dalej z podniesionym czołem? Często samej sobie zadaję pytanie: czy na pewno postępuję odpowiednio? Jakie popełniam błędy? To wszystko jest tak szalenie trudne. Podzielę się z Wami tym, czego od jakiegoś czasu się trzymam. W jednej z bardzo mądrych książek (nie poradniku, a pozycji literatury dziecięcej) wyczytałam, że dobry rodzic powinien przestrzegać trzech zasad wobec dziecka: powinien je kochać, od niego wymagać i je akceptować. Od kiedy to przeczytałam wciąż mam to w głowie.



Nie zrozumcie mnie źle, Tim nie był złym instruktorem. Między nami coś nie zadziałało. Inne osoby dzięki niemu pierwszy raz w życiu stanęły na desce. Smile
Dziękuję też Matyldzie, z którą odbyłam mój trzeci, ostatni wakacyjny trening. 


Oto co o surfingu ma do powiedzenia mój bardzo zdolny, drogi mąż:


Po pięciu dniach spędzonych w Lizbonie nie mogłem się doczekać słynnych portugalskich fal. W zasadzie dla mnie druga część naszej wyprawy, czyli surfing w Lagos, to była kwintesencja całego wyjazdu. Od zawsze kochałem wodę. Sporty wodne, a w szczególności windsurfing, towarzyszyły mi przez większość życia. Większość czyli od 1991 roku, kiedy to mój starszy kolega Maciek pokazał mi jak się pływa na ówczesnym hicie polskiego przemysłu windsurfingowego tj na tzw Augustówce (czyli jedynej seryjnej desce łindserfingowej produkowanej wtedy w Polsce w zakładach w Augustowie, a jeżeli się nie mylę to w tym samym miejscu również produkowali znane przyczepy kempingowe).
Początki windsurfingu
Od tego czasu uwielbiałem wszystko co wiązało się z deską, wiatrem i falami. Natomiast dziwnym zbiegiem okoliczności, nawet pomimo tego, że w przeszłości uczestniczyłem w różnych windusrungowych wyjazdach (również do Portugalii) to nie miałem okazji popływać na typowym surfingu…
Tak więc, jak tylko Danuśka zaproponowała kurs prawdziwego surfingu w Portugalii to, można powiedzieć, „zaklaskałem uszami” i od razu stanęła mi przed oczami wizja: niebiesko-zielony atlantycki pipe, a w środku ja, lub inna, biała piana w breaku, a na niej, oczywiście ja wycinający ostrego cutbacka (i to niewiele gorzej niż sam Kelly Slater). 


Tyle słowem wprowadzenia, a jak było naprawdę…
Mieliśmy codziennie 2 sesje każda po 1.5 godziny . Było to spowodowane faktem, że zatoka, w której odbywał się kurs była popularnym miejscem przy tym kierunku fali i trzeba było pływać na zmianę z innymi szkółkami surfingowymi. Od razu trzeba zaznaczyć, że szkółki są ze sobą „dogadane”: kursanci używają innych kolorów lycry, oraz mają dograne kto/kiedy pływa.
Laicy mogą się dziwić czemu w Portugalii posiadającej tak długa linię brzegową , akurat w jednym miejscu zbiera się kilka szkółek skoro można by pojechać kilka kilometrów dalej i popływać bez potrzeby dzielenia „terenu” z innymi. Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze wybrzeże Portugalii to w dużej mierze wysokie pionowe skalne klify, a czystych plaż jest stosunkowo mało. A po drugie, i to chyba najważniejsze, wszystko zależy od kierunku fal: nie zawsze w każdym miejscu są odpowiednie fale i czasami trzeba trochę poszukać zanim znajdzie się odpowiednie miejsce, a jak już się znajdzie to znajdują je inni i w efekcie robi się tłoczno.
Nam trafiło się 6 dni w Praia de Amoreira, czyli w sumie niewielkiej zatoczce oddalonej o około 60km od Lagos,  otoczonej skałami z obu stron i małą rzeczką wypływającą po jednej stronie, co powodowało dość ciekawe ukształtowanie dna. 

Praia da Amoreira
Kurs zaczęliśmy od zasad zachowania się na fali, co w przypadku surfingu, a w szczególności Portugalii jest o tyle ważne, że Portugalscy lokalesi są wyjątkowo agresywni i w sytuacji nieustąpienia  komuś drogi lub „zabrania fali” może się skończyć to wymianą twardych argumentów na plaży…
Początkującym to nie grozi, bo żaden zawansowany surfer nie będzie na tyle nierozsądny aby zapuszczać się w tłum kursantów, ale lepiej uważać, rozglądać się dookoła i stosować najprostszą zasadę: "Give respect and gain respect”.

Szkółka „czerwonych” i szkółka „żółtych”
A jak to wyglądało na wodzie. Dla osoby przyzwyczajonej do wykorzystywania wiatru do przemieszczania się po wodzie, surfing na etapie nauki jest ekstremalnie męczącym sportem. Można to ująć dwoma słowami: ciężka orka!
Pomimo że miałem dużą przewagę w stosunku do większości kursantów,  bo wiedziałem jak deska zachowuje się pod nogami, wiedziałem jak „działa” ocean (np.: fale przychodzą w setach,  zwykle pierwsze są mniejsze, w jaki sposób się wypiętrzają itp.), a co najważniejsze wiele razy doświadczyłem porządnego mielenia i wiedziałem jak się zachowywać po falą (np. żeby nie nalało się do nosa, kto pływał w oceanie ten wie czemu jest to takie nieprzyjemne), natomiast nie byłem gotowy na jedno, mianowicie, że przez kilka godzin będę musiał machać rękoma, żeby się przemieścić… Pierwsze 3 dni wyglądały tak: 15 minut „pedałowania” i przebijania się przez fale, w tym czasie pokonywałem jakieś 50m, bo każda nadchodząca fala cofała mnie o kilka metrów, potem 5 minut odpoczynku i czekania na falę, próba odpalenia z fali, jak się udało to 10-15 sekund radości i … trzeba było machać z powrotem pod fale. A jak się nie udało, to też trzeba machać, tylko troszkę mniej. Softboardy używane w czasie kursu były duże i wyporne, więc udało mi się stanąć na desce w zasadzie przy drugiej próbie, więc na początku sprawiało mi to niezłą frajdę.
Tu trzeba od razu podkreślić, że pierwsze 2 dni to, nie oszukujmy się, zabawa na malutkich falkach, a w zasadzie w białej pianie, która mogła mieć jakieś 50cm wysokości, ale w przypadku oceanu i początkującego surfera to i tak ciężka sprawa . 3ciego dnia już chciałem czegoś więcej, więc odważyłem się popłynąć trochę dalej, nie były to jeszcze zielone fale przed brakiem, tylko właśnie miejsce gdzie się fale łamały, co było oczywistym błędem. Sponiewierało mnie kilka razy, prawie wyplułem płuca od ciągłego machania rękoma i na koniec dnia byłem strasznie rozgoryczony. Nawet stwierdziłem, że jest to co najmniej bezsensowny sport i chyba go nie rozumiem.
Biała pianka dla początkujących4- tego dnia rano porozmawiałem z instruktorem Vincentem, żeby mi wytłumaczył jak to wszystko działa. Opowiedział mi o prądach wstecznych w zatoce, mianowicie że jak woda jest wpychana do zatoki przez fale to musi, jakąś droga odpłynąć. To było oczywiste dla mnie, tyle, że w Polsce prąd wsteczny zwykle idzie przy dnie (co czuć po nogach jak się stoi w przyboju i bywa przyczyną wielu utonięć turystów), natomiast w zatoce otoczonej skałami prąd wsteczny jest przy skałach i wygląda czasami jak górski potok w kierunku morza. Może być niebezpieczny, ale dla surferów to jest coś jak wyciąg narciarski w górach. Vincent pokazał mi jak to działa: im bliżej skał tym szybciej płynie woda. Trzeba uważać na fale, żeby nie wepchnęły na skały, ale w tym miejscu fale są dość regularne i można przewidzieć kiedy się zatrzymać i przeczekać większy set.

Skały przy których jest prąd wstecznyPierwszy przejazd to było niesamowite przeżycie. Te kilkunastometrowe, pionowe skały w odległości 2 metrów ode mnie robiły ogromne wrażenie. To było dla mnie jak olśnienie: 20 machnięć rękoma i można było przepłynąć 100 metrów. Po dwóch minutach byłem już za breakiem, niezmęczony, wręcz wypoczęty, gotowy do odpalenia pierwszej zielonej fali… Mogłem usiąść na desce, odpoczywać, cieszyć się tym, że jestem tu gdzie jestem, spokojnie patrzeć na wodę i czekać na dobrą falę. I chyba to jest klucz do zrozumienia tego sportu: prawdziwy chillout na wodzie, zupełnie coś innego niż w przypadku windsurfingu czy kitesurfingu…
Magia chwili mi się udzieliła i pierwsza próba odpalenia z zielonej fali była po prostu idealna. Wszystko weszło tak jak trzeba: trzy machnięcia przygotowawcze, cztery mocne odepchnięcia, ręce na deskę, wysokie uniesienie głowy, proste ręce, tylna noga, przednia, nagle uczucie wyjątkowej lekkości, mocno zgięte kolana , od razu skręt i ustawienie deski bokiem do fali, kilka skrętów (każdy o dynamice 300metrowego tankowca) i dojechałem do plaży, a w zasadzie pod skały, gdzie mogłem skorzystać w prądu wstecznego … Cudowne uczucie! Totalna euforia!
Chyba mogę powiedzieć, że właśnie wtedy pokochałem ten sport!
Będę pamiętał ten moment, tak jak pamiętam, pierwsze podniesienie żagla, pierwszy ślizg , pierwszego loopa…
LekcjaNastępne 2 dni nie były już takie rewelacyjne, fale zmalały, jakoś nie niosły, starty nie wychodziły już jak ten pierwszy i zaczynała wkradać się irytacja, że nie jest tak dobrze jak tego czwartego dnia pobytu… ale  i tak było super!
Generalnie wyjechałem z Lagos z pełną fascynacją tym sportem, niby będącego bardzo powiązanym z windsurfingiem czy kitesurfingiem, ale wydaje mi się, że kieruje nimi inna filozofia. Myślę, że surfing jest bardziej prawdziwy i spójny z naturą. To siedzenie na desce i czekanie na fale w gronie kilku kumpli… Jest w tym coś fascynującego. A może po prostu, za słabo znam ten sport, w przeciwności do kite’a czy widsurfingu, gdzie więcej spotkałem „helowych pozerów i snobów” czekających na idealne warunki (które nigdy nie nadchodzą) w otoczeniu najnowszego sprzętu, niż prawdziwych fascynatów.  
Mam nadzieję, że popływam jeszcze na surfingu, może nawet w Polsce, bo Bałtyk też czasami serwuje niezły „warun”.

PS:
Rada nr 1: Jeżeli już chcecie wziąć własną piankę to nie bieżcie pianek z krótkimi rękawami… W czasie nauki od trzymania deski w różnych konfiguracjach, całkowicie zdarłem sobie wewnętrzne części przedramion. Pomimo, ze deski wyłożone są pianką
Rada nr 2: W trakcie pływania przy użyciu rąk, podnieście stopy tak aby nie były zanurzone w wodzie (wszyscy początkujący pływają ze stopami w wodzie, bo łatwiej utrzymać się na desce), natomiast powoduje to bardzo duży opór i płynie się znacznie wolniej, przez co więcej i dłużej trzeba machać, oraz gorzej się odpala z fali…
Rada nr 3: Niech Wam ktoś ze znajomych zrobi filmik lub kilka zdjęć seryjnych. Obejrzyjcie, porównajcie czy pozycja i ułożenie ciała wygląda podobnie do tych co już potrafią pływać. Zwykle wygląda to tak, że na wodzie wydaje się, że stoję na desce z bardzo mocno ugiętymi kolanami, a na zdjęciu wygląda zupełnie inaczej…
Rada nr 4: Jeżeli zdecydujecie się pływać już sami, obserwujcie lokalesów, gdzie pływają, jak pływają, a w szczególności, o której godzinie. Fale w dużej mierze zależą od aktualnego stanu pływów. To samo miejsce przy odpływie zupełnie inaczej wygląda i działa niż w trakcie przypływu. Sytuacja może całkowicie zmienić się w ciąg 2-3 godzin. 

Odpływ – najlepsze warunki na końcu skał.Przypływ
Oto co jeszcze WARTO w Lagos:


•    Warto odbyć wieczorny spacer po mieście – Lagos to urocze miasto z całkiem długą historią. Tutejszy port wykorzystywali już Grecy i Rzymianie . Także stąd wypływały statki pierwszych wielkich odkrywców. Spacer po marinie, uliczkach i placach w centrum bardzo nas zauroczyły. Słychać śmiech, radosne rozmowy, muzykę, ulicznych artystów i handlarzy. Jest i nawet francuska karuzela. Momentami czułam się jak na sopockim „Monciaku”. Wink

Spacer po Lagos

Spacer po LagosSpacer po LagosSpacer po Lagos

•    Warto zajrzeć do Adega da Marina – jedyna restauracja w Portugalii, w której udało się nam zjeść doskonale przyrządzone ryby i owoce morza. Jeśli wybierzecie się tam na kolację jeszcze przed 18.00 to będzie szansa na stolik bez kolejki. Chwilę później tworzy się kolejka tak na oko na godzinę lub dwie stania.

Adega da Marina
•    Warto odbyć wycieczkę łodzią do nadmorskich skał i grot w okolicy Ponta da Piedade – taką wycieczkę zafundowałam sobie z moimi dziećmi w ostni dzień w Lagos. Adaś wybrał surfing. W marinie znajduje się od kilku do kilkunastu firm oferujących taka atrakcję. Skorzystałam z usług firmy Bom Dia. Każdy uczestnik wyprawy otrzymuje kamizelkę ratunkową. Nawet moją 1,5 roczna wówczas smerfetka otrzymała specjalną, małą kamizelkę dla siebie. Widoki przepiękne, atrakcja świetna. Polecam. 

Wycieczka łodziami do grot

Wycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grotWycieczka łodziami do grot
Surfing w Lagos z Surf-4-life to słońce, plaża, pozytywni ludzie z całego świata, zabawa, radość, przełamywanie strachu, frajda,  satysfakcja i dobrze spędzone rodzinne wakacje. Żałuję tylko dwóch rzeczy: że nie zrobiłam sobie pamiątkowego zdjęcia z Edytą i Boratem i że nie kupiłam sobie tego kapelusza. Wink

Czego  żałuję....:-)



Komentarze:
Dodaj swój komentarz
Nick / Imię
Treść komentarza
Stolica Polski
Dodany przez: Tu
Data dodania: 2017-01-22
Przyjemnie się czytało, zazdroszczę wycieczki :)
Dodany przez: Frajda nad morzem
Data dodania: 2016-04-08
Jeśli planujecie wakacje z wodą, piaskiem i słońcem w tle polecam szkółkę prowadzoną przez jakże pozytywnie zakręconych, fantastycznych Polaków Edytę i Filipa w Portugalii. Ostatnio zmienili lokalizację szkółki, ale świetna oferta uprawiania sportów wodnych w pięknych okolicznościach przyrody nie straciła na atrakcyjności. Szczegóły znajdziecie na ich stronie http://surf-4-life.pl
Dodany przez: Frajda nad morzem
Data dodania: 2015-03-10
Cieszę się, że mogłam przenieść Was w zupełnie inny świat (jak to ładnie napisała Agnieszka) i przekazać trochę dobrej energii. Świat surferów rzeczywiście jest niezwykły. :-)
Dodany przez: Halmar
Data dodania: 2015-03-06
Danusiu, czuję się tak, jak bym tam była. Kochana masz lekką rękę do pisania. A jak coś napiszesz, to zatyka dech!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Tak trzymać.
Dodany przez: M2
Data dodania: 2015-02-26
bardzo fajny wpisik
Dodany przez: Agnieszka
Data dodania: 2015-02-26
Czekałam na ten wpis i warto było. Zabraliscie mnie do świata którego kompletnie nie znam... Nie wiem czy kiedykolwiek odczuje go na własnej skórze, ale jeżeli stanę przed takimi okolicznościami to Wasz post na pewno dodaje masę pozytywnej energii. Świetnieuzupelniacie się. Ps. Mam ulubionego nauczyciela fotografii - Chris Orwig. Bardzo lubię jego sposób w jaki pisze książki. A on uwielbia świat surferow i czuję się w nim jak ryba w wodzie. Jest w tym coś niezwykłego
Dodany przez: Thomas G.
Data dodania: 2015-02-26
Well done!