Podróż za 2 uśmiechy

Żółty rower

Żółty rower
sport


Jadę na rowerze słuchaj do byle gdzie
Rower mam posłuchaj w taki….. no żółty jest. Tak mogę sparafrazować słowa piosenki Lecha Janerki.

 
W ostatni długi weekend mieliśmy wyjechać. Były wielkie, piękne plany, ale, jak to czasem bywa, z planów nic nie wyszło. W ostatniej chwili zrezygnowaliśmy z wycieczki, bo… postanowiliśmy odpocząć  w domowym zaciszu i w końcu zająć się tematem rowerów. Szczególnie moim rowerem, bo jako jedyna w naszej pięcioosobowej rodzinie nie posiadałam swojego pojazdu jednośladowego. Pisałam Wam o tym TU.

Co za radość! Nie dość, że udało mi się kupić rower w ciągu jednego dnia, to jeszcze taki, jaki sobie wymarzyłam, a czego się nie spodziewałam i który spowodował, że nie tylko poczułam się jak dziecko, ale i pierwszy raz od dłuższego czasu dobrze wypoczęłam. 


Miałam marzenie. Mieć prosty rower wyglądający jak stara damka, którą często na wsiach panie podróżowały (podróżują?) do lokalnych sklepów po drobiazgi. Właściwie to mogła być to stara damka, gdzieś odmalowana w garażu. Bez napisów, znaczków, nazw i takich tam. Taki sobie miły rower. Nawet chciałam do babci dzwonić, czy ma gdzieś może jeszcze w garażu jakąś taką cudną staroć, ale jakoś się nie złożyło.


Nie liczyłam jednak na to, że takie marzenie może się spełnić. A tu proszę. W jednym ze sklepów go ujrzałam. Ależ piękny! Piękna! Danka yyy damka! Dostojna, a jednocześnie skromna, prosta, taka…. subtelna. No idealna. I do tego żółta! I z koszyczkiem! Czy można chcieć czegoś więcej?

Pan w sklepie zapytał:
- Jakiego roweru pani poszukuje?
- Wie pan, takiego na rodzinne przejażdżki po mieście i po okolicznych lasach.
- Ten niestety do lasu się nie nadaje.
- To nic, ja nim i do lasu pojadę. 


I pojechałam.


Nie odkleiłam się już od tego roweru. Tak przy nim stałam, by nikt mi go sprzed nosa nie zabrał. Nie zabrał.


Podczas sobotniej, dwugodzinnej przejażdżki z rodziną po okolicznych lasach i wioskach prawdziwie odpoczęłam. Kojąco zadziałał widok mijanych krów, kaczek i gęsi, zapach wsi, lasu iglastego i intensywna woń bzu. Bardzo mi tego brakowało. Poczułam prawdziwie dziecięcą radość. Wróciły cudowne wspomnienia sprzed dwudziestu paru lat, kiedy od mojego Jubilata 2 nie mogłam się odkleić. A gdy nowym żółtym rowerem zaliczyłam kilka dziur polnych dróg zadźwięczał tak jak stara damka mojej babci i cioci. Przed oczami zaraz stanął mi piękny obraz: Kałdus, upalny sierpniowy dzień 1997 rok, ja i kuzynki na przyczepie przesiewamy przez sita rzepak. Nagle ciocia woła:
- Babcia zrobiła frytki, ale ktoś musi pojechać do sklepu po ketchup.
Niewiele się zastanawiając wsiadłam na starą babcino-ciociną damkę i pomknęłam po gorącym pustym asfalcie do wiejskiego sklepu po słoik  ketchupu. A nawet dwa. Zawsze nas tam dużo było. I dźwięk wtedy był ten sam. 


Jeszcze mi tylko w tym lesie dźwięku kolorowych kuleczek na szprychach zabrakło. To z Jubilata 2. Kochany był.


Cieszę się, że mogłam ten moment dzielić z rodziną. Smile


No to jak? Wpadniecie popedałować?

Komentarze:
Dodaj swój komentarz
Nick / Imię
Treść komentarza
Stolica Polski
Dodany przez: Frajda nad morzem
Data dodania: 2015-06-08
Od wczoraj poszukuję mojego zdjęcia z czasów \"wczesnej młodości\" na ukochanym Jubilacie 2. Jak tylko je znajdę to umieszczę na blogu. :-) A jakie są Wasze rowerowe wspomnienia?